Barbórka

GRUDNIŁO SIĘ OD RANA…


Suka podniosła wysoko bury łeb i z jej gardła popłynął na wodę łowiecki zew, dziki i okrutny zew wilczego stada. Nigdy jeszcze pies nie włożył weń takiego szaleństwa dźwięków. Wystraszona do granic spoglądała w stronę rozszalałej toni jeziora, po której pędziły tumany gęstej wilgotnej mgły. Wydra poruszyła się niespokojnie w pobliskiej gęstwinie. Słoneczny blask zgasł. Gęste chmury nadciągnęły ze wschodu, w powietrzu czuć było dym. Wzdłuż brzegu pomiędzy skrzypiącymi szopami hangarów kłębił się ludzki tłumek. Ludzie nosili sprzęt gotując się do biegu. Kolorowe ubrania i ratunkowe kamizelki migały w nadbrzeżnych krzakach. Pomarańczowa czapka uniesiona wiatrem poszybowała na środek łąki i toczyła się po trawie jakby zachowując kolistość głowy. Suka patrzyła na nią, chciała pobiec, ale zrezygnowała. Zamarzała powoli.
Można by to nazwać wojną ludzi z żywiołem, ale przecież wszyscy wiedzą, a suka najlepiej, że nie z żywiołem to walka, lecz z czasem. Mężczyźni pochyleni lub klęczący przygotowują długie łodzie. Kobiety sprawdzają zawartość worów i szczelność butelek z gorącą herbatą. Do startu już tylko minuty. Główny sędzia przy swoim maleńkim stoliczku wysuniętym daleko na koniec zalewanego falami pomostu ustawia bezlitosny zegar i majstruje przy pistolecie. Jego głos wzmocniony lejkowatą tubą jest ledwo słyszalny wśród tłumu na wodzie. Władcze machanie rękami skłania flotyllę maleńkich łódek do przypłynięcia w okolice linii startowej. Rozkołysane łodzie wpadają na siebie z chrzęstem wioseł ślizgających się po pokładach. Ławica kajaków przypomina raczej rój stonóg. Bezładnie rzucane falą łodzie oczekują na znak, najważniejszego dzisiaj, sędziego. Kto może, patrzy na jego uniesiony pistolet w oczekiwaniu huku. Muskuły wioślarzy tężeją na mrozie. Na wąsach i brodach lodowacieje ich własny oddech.  Wiatr i szum wody robi z huku wystrzału, niesłyszalne prawie, klaśnięcie. Nie wszyscy usłyszeli. Ruszyli z miejsca tylko ci, co widzieli małą siwą chmurkę dymu spowijającą uniesiony pistolet. Zakotłowało się, zawrzało. Ostre końce wioseł zaświszczały złowrogo w mroźnym powietrzu. Nie jedno ucho zostało skaleczone, a może odcięte. Po chmarze łódek na linii startowej pozostał głęboki lej.  Woda nie zdążyła jeszcze napłynąć. Sędzia powolnym krokiem poszedł się napić.  Jego sylwetka pozostała na końcu mola. Po minucie lub dwóch zawodnicy zniknęli w miejscu, gdzie postrzępione fale zszywają się z mgłą.  Na wodzie przy brzegu tłukąc o kamienie, walczyło samotnie złamane wiosło
Dobrym zwyczajem sprytnych ścigantów właściciel suki trzymał swoje czółno lekko pod wiatr. Nie walczył o miejsce, odpłynął nieznacznie na wschód. Wiedział, stary wyjadacz o tym, że pod drugim brzegiem woda będzie spokojniejsza, a wiatr ugrzęźnie w lesie porastającym skarpę. Psie serce czuło spokój, ale i wyrachowanie płynące od swego pana. Rytmiczny rozkołys malał w miarę słabnięcia wiatru. Partner starego wyjadacza odwrócił się ze swego miejsca na dziobie. Przesunął dłonią po łbie psa – Dobra Mucha, dobry pies – i zwróciwszy twarz w stronę rufy uśmiechnął się szeroko.
Pomknęli wzdłuż brzegu po spokojniejszym, ale wciąż kołyszącej wodzie. Kwadrans później mijali najeżoną kominami bryłę elektrowni. Suka tkwiła mocno na sztywnych łapach, zdecydowanie odwrócona ku wschodowi. Szczupły siwiejący pysk węszył gorliwie, kark drżał. Już niedaleko do zakrętu pod mostem. W szczelinie mgły rozwiewanej wiatrem widać płynącą łódź. Pojedynczy kajakarz płynie z naprzeciwka jak zjawa, jak duch. Jego opalony, orli nos pojawia się i znika schowany za ramieniem i piórem wiosła. – Ostra jazda! Krzyczy w stronę czółna znikającego we mgle. Wiatr się wzmaga, a mróz tężeje. Kajaki ciężkie lodową pokrywą, wiosła soplami. Oblodzone ubrania skrzypią, ręce zamarzają na gryfach. -Białe piekło, zrobię zdjęcie- myśli pewnie Marek wydłubując kamerę ze szczelnego worka na dnie kajaka. Czerwone, zielone i białe- dobry tytuł. Mgła ustępuje przed wiatrem, widać most. Dobrze by tu zostać w zaciszu pod osłoną betonowej wstęgi, napić się i odpocząć. Pogadać by z sędzią „półdrogi”, on ma twarz patrona podróżnych, św. Andrzeja. Osłabione ramiona, wygłodniałe twarze patrzą z nadzieją na człowieka stojącego wysoko na moście.
Trzeba mu tylko podać numer startowy i odpłynąć w pośpiechu, nie ma czasu na pogaduchy. Jeszcze osiem kilometrów do wymarzonego celu, ramiona kajakarzy coraz słabiej wachlują. Ich często motyli sposób płynięcia zdradza skrajne wyczerpanie. Dłonie wiotczeją, tyłki i łokcie mokną w lodowatej wodzie. Kajakarze patrzą z zazdrością  na klasyczne drewniane kanuadyjki, w których nawet pies ma suche łapki. To właśnie jest łódka na dziś wygodna, sucha, bezpieczna, ale ponad wszystko piękna.  Lekka, szlachetna linia wprawia każdego w zachwyt (patrz okładka „Wiosła” nr 2/2002, zamówienia przyjmujemy zawsze). A tymczasem jezioro oszalało, jak gdyby chciało ze swojej powierzchni strząsnąć nieznośnych intruzów.
Na mecie zwycięzcą jest wiatr. Szarpie i przegina zarośla, łamie gałęzie przybrzeżnych topoli, wśród których stoi zielona ławka z ogromnym baniakiem pełnym gorącej herbaty. Dzisiaj załoga każdego kajaka, każdej kanuadyjki, triumfuje. Wszyscy zwyciężyli złowrogie fale i wyjący wiatr, ale jak to bywa w „realu”, medale dostanie tylko kilku najlepszych.
Tak wyglądał Szesnasty Wyścig Barbórkowy na Zalewie Rybnickim organizowany przez Śląski Klub Turystyki Kajakowej „NEPTUN” w Żorach.
Komandorowi i sędziom oraz wszystkim organizatorom, działaczom i uczestnikom życzę wielu tak pięknych dni i poprzedzających te dnie nocy.
Komandor – Władysław Grabowski, Sędzia – Kazimierz Kalus.            
Adres klubu: 44-240 Żory ul. Dworcowa 7 tel. (032)-471-97-79,
(032)-434-25-18P.S. Jako uczestnik spływu nie mogę nikogo zaprosić, ale impreza jest otwarta choć raczej elitarna.